Picie ze zwykłego kubka czy skorzystanie z toalety potrafią wzruszyć tak samo, jak czułe i szczere "Mamusiu, kocham Cię". A śpiące dziecko wywołuje bolesne kłucie w piersi. Bo dzieci kocha się do bólu, jak nikogo innego na świecie.
Kategorie: Wszystkie | Kapey | Q-butek | dygresje | fotografie | na bieżąco
RSS
czwartek, 15 kwietnia 2010
Każda obrączka ma swoją historię

Po tragedii w Smoleńsku okazało sie, że niektóre ciała można zidentyfikować jedynie po znakach szczególnych. Prezydentową Kaczyńską zidentyfikowano po obrączce. Historia podobno taka:

Ona dostała swoją obrączkę po dziadku, on – po babci. Czekały schowane na właściwą chwilę. Gdy ta nadeszła, postanowili, że pamiątkowe obrączki stopią i z uzyskanego złotą zrobią dwie nowe. Ale jubilerzy odradzili im takie rozwiązanie – bo obie rodzinne pamiątki wykonane były ze złota o różnych próbach. Przyszli małżonkowie zdecydowali na starych obrączkach dograwerować tylko swoje imiona. Podobno prezydent swoją obrączkę zdejmował co wieczór w domu, a Maria Kaczyńska swojej nie zdejmowała nigdy. Dzięki temu złotemu krążkowi można było rozpoznać jej ciało po katastrofie lotniczej.

Spojrzałam na swoją obrączkę. Ona też ma historię. Podobną nieco do tej nagłaśnianej przez media, choć pewnie nikt nigdy nie będzie jej opowiadał na łamach prasy. Nasze obrączki powstały właśnie ze stopionego złota - starego pierścionka nieżyjącej matki mojego ojca, kilku kolczyków, jakie ojciec mojej mamy chował specjalnie dla swojej wnusi i starej biżuterii, jaką otrzymaliśmy od rodziców  mojego męża. Są takim zlepkiem strzępków historii kilku rodzin. Zostały przetopione w starym zakładzie z tradycjami na poznańskim Starym Rynku - w Charcie.

Nie chcieliśmy grawerować na nich daty ślubu i naszych imion - bo przecież znamy je wystarczająco dobrze. Każde z nas napisało na kartce coś, co uznało za najważniejsze wyznanie kierowane do drugiej osoby i w tajemnicy przekazało tę kartkę grawerowi. Do dnia ślubu nie wiedzieliśmy, co jest wygrawerowane na obrączce, którą właśnie włożono nam na palec. Taka kolejna, mała niespodzianka w tym pełnym niespodzianek, cudownym, bajkowym dniu. Na obrączce Adama kazałam wygrawerować: "Oto cała moja miłość". Jubiler nie zrozumiał, ale mój mąż - tak. Oto wraz z obrączką dałam mu całą swoją miłość, wszystkie ciepłe uczucia, siebie. Na obrączce, którą ja dostałam, Adam kazał napisać "Zawsze pierwsza". Bo byłam jego pierwszą kobietą, bo to moje zdanie liczy się dla niego najbardziej, bo to mi chce zawsze, jako pierwszej, mówić o wszystkim.

Adam nie zdejmował swojej obrączki do czasu, gdy zauważył, że bardzo się zniszczyła przy remontach i przeprowadzkach. Teraz po przyjściu do domu kładzie ją na półeczce w sypialni. Ja swojej nie nosiłam, gdy trzeba było co chwilę przewijać dzieci. Ale teraz nie zdejmuję jej wcale.

To chyba też ładna historia. Ciekawe, co dopisze do niej czas.... 

sobota, 13 lutego 2010
Come back?

Who knows :-)

Uciekło tyle pięknych chwil. Zbyt wiele.... Upiekłam dziś pyszne ciasteczka - przepis ze strony www.mojewypieki.blox.pl. Starałam się jak głupia, a Qubutek przyszedł, zmarszczył nos i zapytał z niezadowoleniam: "Takie?". Okręcił się na pięcie i poszedł sobie....

I weź tu dogódź.

niedziela, 29 kwietnia 2007
Portrety

Kuba:

Kacperek:

piątek, 27 kwietnia 2007
KONIK

Kuba ostatnio "chyta" różne piosenki, zawołania.
Śpiewa na cały głos: "Konik, z drziewa koń mukach zykła bawka mała śtawka bawi!"
Łatwo rozpoznać piosenkę Urszuli "Konik, z drzewa koń na biegunach, zwykła zabawka, mała huśtawka, a rozkołysze rozbawi!" ;-)

***

A dziś przed zasnięciem krzyczał przez 15 minut: Polśka gola, taka jest biców! - nauczył się od Kacpra, który oglądając mecz wołał "Polska gola, taka jest kibiców wola"

Uwielbiam ich!

Nowe "dziełko" Photoshopowe ;-)

sobota, 31 marca 2007
KU PAMIĘCI - tej wizualnej

Ojciez z synem zawsze wzruszają. Szczególnie wtedy, gdy ten drugi jest jeszcze taki malutki.

A ja lubię, kiedy jesteśmy wszyscy razem. Kwoka jestem ;-)

To zdjęcie z drugiego dnia po ślubie Anutka. O mamo! Zapomniał napisać, że Ania wzięła ślub! Wyglądali jak marzenie.....

I jeszcze ja...

MAMA OĆ ILĘ!!!!!

Jakub postawił trzy kroczki.... Boże jak dawno temu ja to pisałam!!!!! A on przeciez juz biega jak szalony, wspina się na parapety i meble i gada!!!!!! Nie tak jak gadał Kacper, choć obcy i tak twierdza, że ładnie mówi, jak na swój wiek. Ale rodzinka porównuje do Kacpra. Nie zauważają, że oni są zupełnie różni. Że nie można ich porównywać, bo twie zupełnie odmienne dusze!!!!

Kacper mówił wcześnie - pieknie, od razu poprawnie. Za to nie chciał i nie próbował robić sam tego, co robi Kuba, który już od dawna sam sie rozbiera, sam zasypia w swoim dorosłym już łóżeczku, sam śpi. A przede wszystkim nigdy się nie nudzi, czgo o Kacperku nie da się powiedzieć. Kuba, gdy nie ma się czym bawić w samochodzie, bawi się z entuzjazmem swoimi rękawami.

A mówić mówi. Trochę. I zawzięcie.
- Mama, ciatkiekiem.
- Słucham? Coś być chciał, ale nie rozumiem co.
- At-ki-e-kiem!!
- Atkiekiem? Cóz to znaczy?
- Łatki lekiem.
- Ach płatki z mlekiem tak?
- TA-AK!!! I ok odą.
- Płatki z mlekiem i sok z woda być chciał, tak?
- TA-AK.
- Mama oć uchni!
- Już idę do kuchni - uśmiecham się.

Kuba ma niezwykłą zdolność budzenia się w znakomitym nastroju. Otwiera oczy i od razu się śmieje. I drze się:
- Papij! Ać! - co znaczy "Kapej trzeba wstać." Albo patrzy na mnie i mówi "Pejka tulić?"  - co w owlnym tłumaczeniu brzmi "Czy moge Kacperka przytulić?". Potrafi wstać rano i bawić się sam po cichutku.

Potrafi też zaleźć za skórę. Wścieka się, jak jego matka - całym sobą, szybko, intensywnie i równie szybko jak ja zapomina o urazie. Kacper i Adam boczą się długo. Obrażają się, marudzą. My z Kubą albo trzasniemy szafką, albo tupniemy, albo walniemy w podłogę pięścią i nam mija. Cholerycy. Na szczęście, jeśli nie wleźć Kubie w drogę to nie wścieka się wcale. Za to potrafi zjeść 3 parówki na kolację. koniecznie z ketchupem. I rozpoznać na parkinku "odę", "adi", "pezio", "reno" i "jacika" - czyli Skody, Audi, Peugeota, Renault i Fiacika. Niestety modeli jeszcze nie rozróżnia, ale pracujemy nad tym ;-) Myślę, że czas się wziąć za naukę liczenia i czytania, bo już dziecko wyraża zainteresowanie ;-)

- Myć emby! Bale - osiem! Pata! Molot bomby wziiiiiiiii!
Tak tak - zęby trzeba myć, w buzi aż osiem robali czai się na kolacyjkę ze szkliwia. Najlepiej, jak samolot ze szczoteczki wleci do buzi i spuści bomby z pasty do zębów. Kuba zęby może szorowac z zawrotna częstotliwością, byle nie za długo - po 10-15 sekund ;-)

A wieczorem, kiedy już "przeczytamy" książeczki, zgasimy światło i kiedy daję mu całuska na dobranoc szepcze mi do ucha: "Duchi duchi", co ma niewiele wspólnego z duchami za to sporo z robactwem - tak tak - to fragment wierszyka "Dobranoc, pchły na noc, karaluchy pod poduchy, a szczypawki na zabawki." Zgadnijcie który to fragment :-)

DZIWNE RZECZY DECYDUJĄ O TYM, CO ROBIMY

Skąd znowu ja tutaj?

Jakżeż dziwne ściezki pokonują nasze mysli i czyny. Czy zastanawialiście się czemu czasem myślicie o tym, o czym właśnie myślicie? Ja czasem próbuję zbadać historię jakiejś mysli i dochodzę do wniosku, że to takie zawiłe.... Dziś wróciłam tu przez.... wieczne pióro. Mój ukochany Parker Sonnet drapie okrutnie, bo kiedyś nieszczęśliwie wbił się w ziemie stalówką. Cichcem, nieśmiało oglądałam sobie w sieci pióra, które mogłyby mojego Parkera zastąpić. Zeszło mi na tym bzdurnym zajęciu ze trzy godziny. W końcu doszłam do wniosku, jak zwykle zresztą, że bez sensu wydawać pieniądze - jak się dobrze wyczyści i napełni stare pióro pisze znośnie. A że trzeba to było sprawdzić - wyciągnęłam stary pamiętnik.

Wiecie, kiedy zaczęłam pisac pamiętnik? W 7 klasie podstawówki. Zapisałam wtedy w ciągu dwóch czy trzech lat cały 200-kartkowy zeszyt A4, który mam do dzis. W 1992 roku zaczęłam pisać kolejny. Byłam wtedy w drugiej klasie liceum, własnie zmieniłam szkołę i rzucił mnie chłopak. Nie pierwszy i nie ostatni. Potem było jeszcze kilku facetów, z których co najmniej trzech nie zostało moimi mężami, choc na poczatku tak mi się wydawało. Od tego czasu skończyłam studia, wyszłam za mąż za kogoś, kogo bym o to nie podjerzewała, urządziłam dwa mieszkania, urodziłam dwoje dzieci, w dwóch firmach dwukrotnie awansowałam na kierownika. I zapisałam ledwie 130 stron. No i kilka na blogu - jakoś wydawało mi się, że może na komputerze częściej uda się zapisać jakieś przemyślenia...

A zatem wyciągnęłam zeszyt o pożółkłych kartakch. Skrobnęłam piórem kilka zdań... Że chyba trzeba będzie zdrukować ten blog, bo kto wie, jaką trwałość ma zero-jedynkowy zapis na serwerze w drugim końcu Polski. I chcąc zapisac w pliku moje dotychczasowe notatki trafiłam znowu tu.

Stęskniona własnych wspomnień. Jak wiele rzeczy ucieka, rozmów, westchnień... Z drugiej strony wtedy, kiedy pisałam najwięcej - byłam najbardziej nieszczęśliwa. W chwilach szczęścia napawałam się szczęściem, szkoda było czasu na notowanie chwil uniesień. A od niemal 6 lat jestem permanentnie szczęśliwa. Rozgoryczona chodze tylko z powody pracy i to raczej jej nadmiaru, niż braku, więc też nie tak źle. Kto by przypuszczał... Gdyby ktos 10 lat temu powiedział mi, że moim mężem nie będzie mój ówczesny, wywalczony facet, że przekraczając trzydziestkę spełnię niemal wszystki swoje marzenia - cóż raczej bym nie uwierzyła. A jednak trzeba wierzyć ;-)

No i teraz trzeba sobie odpowiedziec na pytanie strategiczne - pisac blog, bo tak jest trendy, jazzy i cokolwiek, czy wrócic na pożółkłe kartki, które zachowują nie tylko treść - układ liter, nacisk pióra, kształ pisma - to wszystko pozwala zachować w pamięci nastrój, w jakim byłam, tempo, w jakim pisałam... Coś magicznego jest w starym zeszycie, w którym notowałam mając ledwie 16 lat, mając lat 20, 25... Może warto wrócić do zapisków intymnych, tylko moich, tylko dla mnie, choc przecież tak bardziej żyjemy na pokaz?

Lubię pisać. Dla samego aktu pisania. Dla dźwieku, jaki wydaje pióro, dla zapachu atramentu... Mam sentyment do rzeczy z poprzedniego wieku - pasów do pończoch, wiecznych piór, przylegających do ciała kostiumów, zapachu świec, firanek w oknach, czarno - białych zdjęć i Art Deco...

piątek, 12 stycznia 2007
NIGDY NIE BĘDĘ NA BIEŻĄCO

W maju myślałam, że jestem zabiegana. Boże, jak się pomyliłam. W maju miałam trochę pracy, to prawda, ale od lipca wszystko zmieniło się na gorsze.

Od lipca jestem pania kierownik. W dodatku pania kierownik sporego działu, bez doświadczenia. Nie żebym po znajomości dostała fuchę. Prezes stwierdził, że robiłam tyle, że trzeba mnie było awansawac, ale nowych obowiązków dopiero musze się nauczyć. I trenuje mnie. Tak, że pracuję nie tylko do 18, ale i nocami. Czasam mam wrażenie, że tylko pracuję!

I dlatego nie ma tu już wpisów o Kubusiu i Kacperku, choc chłopcy z dnia na dzień są fajniejsi.

Kuba zaczyna mówić dużo później niz Kacperek. Ale z dużym wdziękiem. Mówi "molot" (samolot), "a-to" (auto), tatuś bezbłędnie, mama oć (mama chodź), boje - jak się czegoś boi, Ania na swoją ciocię i Kapi na Kacperka. Mówi "pić", "ebatka" i "łi-ła" (na swojego ulubionego bohatera kreskówek - Zyg Zaka.

Coraz bardziej komunikatywny się robi. Ja coraz mniej... Ide się kąpać, bo może seksik będzie - choc raz na miesiąć :D

środa, 17 maja 2006
CO MOŻNA STARCIĆ NA PLACU ZABAW

Kacper szaleje na placu zabaw, jak to on, nie patrzy, nie uważa i stało się - walnął głową w drabinkę od zjeżdżalni.

- Aj,aj, aj - woła po swojemu masując guza. - O mało nie straciłem rozumu!

wtorek, 07 marca 2006
PĘDZĘ...

Matka na etacie w szalonej firmie i szalonym zawodzie. Misja matki do spełnienia w domu, misja pr-owca do spełnienia w pracy. A wieczorem jeszcze misja żony, kochanki oraz kucharki i sprzątaczki. Nic dziwnego, że misja domorosłego pisarza nie powiodła się. Ale nie poddaję się.

Trudno jest być jednocześnie oddanym pracownikiem i dobrą matką. Ale organizacja życia pozwala jokoś w miarę to pogodzić. Wstaję z Jakubkiem - o szóstej - siódmej rano. Karmię go i ubieram, włączam przygotowane wieczore pranie, a potem szykuję się sama. W międzyczasie wstaje Mąż i robi śniadanie. Ja ubieram Kacpra. Mąż prowadzi go do przedszkola (w tych rzadkich chwilach gdy nie choruje - Kacper a nie Mąż rzecz jasna), a ja wieszam pranie. Czasem prania rano nie zdążę zrobić. Wtedy góra brudnych ciuchó rośnie niebezpiecznie i zaczyna zagrażać lawiną...Niania przychodzi za 20 dziewiąta. Mam 15 minut, by dotrzec do pracy. Spóźniam się regularnie, bo podróż trwa średnio 20 minut. W tramwaju czytam. To jedyna chwila w ciągu dnia, kiedy mogę się zrelaksować i oddać się przyjenemu zajęciu czytania mało ambitnych, lekkich powieści. Teraz  - ostatni Harry Potter. Wyrobiłam się i w ciągu podróży do i z pracy "łykam" 50 stron. Oznacza to, że średniej wielkości książkę jestem w stanie strawić w tydzień, a to już dobry wynik jak na zapracowana matkę-Polkę.

Potem jest praca. 7 godzin jazdy bez trzymanki (7 - bo wciąż korzystam z przywilejów przysługujących karmiącym) ;-) Nie włączam już w pracy GG, bo wyrobić się w 7 godzin to karkołomne wyzwanie. Ale udaje mi się zrobić tyle, ile innym. Tyle, że już przy pogaduszkach jestem pomijana... nie mam na nie najnormalniej w świecie czasu.

Potem znów książka. Pozwala jakoś wyłączyć tryb "praca" i przełączyć się na tryb "dom". Wpadam zdyszana, a w korytarzu siedzi Kuba. Wita mnie szczerym uśmiechem po czym zaczyna jęczeć. Więc przy wtórze tych jęków rozbieram się jak oszalała, zciągam bluzke i padam na fotel z Qbutkiem na rękach. A on z zadowoloną miną przysysa się do piersi. Zaskakujące, że w sobotę i niedzielę rezygnuje sam z popołudniowego ssania piersi, a w ciągu tygodnia nie ma o tym mowy...

No i wieczór na kolanach - ganiam za Indianami, latam w kosmos w rakiecie z krzeseł, buduję tory wyścigowe, udaję motor, który na zmianę dosiada dwóch świetnych rajdowców. Potem kolacja. Potem kąpanie dzieci. Potem czytanie im książeczek i wieczorne karmienie Qbutka. A potem, kiedy najchętniej padłaby w łóżku, trzeba posprzątać, powiesić, wyprasować, ugotować. Dobrze, że Mąż zajmuje się niektórymi rzeczami. Inaczej w pewnej chwili by padła.

Tak wiem, każda kobitka może sobie napisac podobny harmonogram.Mi mój nawet odpowiada, gdyby tylko weekend był odrobinę dłuższy ;-)

***

Qubuś postawił dziś trzy kroczki jeden za drugim.

wtorek, 06 grudnia 2005
UCIEKŁO GDZIEŚ PÓŁ ROKU

Kacper śpi bez pieluchy, jest dzielnym przedszkolakiem, który za sobą ma cięzki pierwszy misiąc adaptacji. Gada jak stary wymysla własne bajki i ciągle poucza matkę (na dodatek w 90% słusznie!).

Kuba staje na nóżki, czołga się jak stary żołnierz, próbuje raczkować. I gada... jak nie ma w pobliżu Kacpra. A jak Kacper jest to Mały patrzy na niego jak zaklęty. Kacper to guru Kubusia.

Rany, jak ja lubię na nich patrzeć.

Teraz śpią w pokoju - Kacper z temperaturą 39,6. Kuba wciąż jeszcze zdrowy, ale kto wie jak długo potrwa to "jeszcze".

Tyle chciałabym o nich napisać, przedstawić pierwszą bajkę wymyśloną przez Kacpra, opisac piękne dwa ząbki, jakie ma Kubuś. Ale biegam jak wariatka od domu do pracy, z pracy do domu, a w tak zwanym międzyczasie regularnie do lekarza. I nie mam na nic czasu. I jestem szczęśliwa.

Żeby tylko Kacperek wyzdrowiał, to szczęście moje byłoby pełne, jasne i niczym nie zmącone ;-)

czwartek, 28 lipca 2005
UŚMIECHY

Wspomniałam, że nie ma nic piękniejszego niż dziecięcy uśmiech, a jeden z moich gości zauważył, że rónie cudowne są buziaki od dzieci. To fakt.

Ale jest jeszcze coś, co przyprawia o ciarki i omdlenia - pełne niezachwianej ufności spojrzenie zza piersi. Kiedy maluszek sobie zajada część Ciebie i przytulając pierś rączkami patrzy Ci prosto w oczy, a w tych oczach jest tyle miłości. A potem śmieje się zza tej piersi, gubiąc brodawkę. Achhh, czemu one rosną? I czemu macierzyński nie trwa wiecznie? To już półmetek.

NA SZTYWNO
Qbutek trzma głowe pionowo. Ba, nie tylko jak go się trzyma na rękach, ale także jak podciąga się go do siadu z pozycji leżącej. Dumna mama.
MATCZYNA MIŁOŚĆ

Dzieci się kocha do bólu, co zresztą powtarzam często. Miłość spływa z czubków palców, głowy, ramion w kierunku serca, by tam skumulowana siąść wielkim ciężarem na splocie słonecznym i nie pozwalać oddychać.

Tak dzieci kocha się właśnie. Ale nie kocha się ich od razu. Przynajmniej ja nie. Nie zrozumcie źle - moje dzieci są upragnione i wyczekane. Zrobione z pieczołowitością. Tylko inaczej kocha się wyobrażenie o dziecku, a inaczej, kiedy ono nagle się pojawia. Przecież miłość od pierwszego wejrzenia zdaża się tak rzadko.

Kiedy pierwszy raz zobaczyłam Kacpra pomyślałam "O Boże - jaki podobny do teściowej!" i załamałam się. Potem jakoś trochę się wyprasował, ja się przyzwyczaiłam i polubiłam go - był największy w naszej sali i krzyczał najgłośniej, co wprawiało mnie w oczywistą dumę... Aż pewnego dnia, po miesiącu pewnie, może później, zobaczyłam go śpiącego w promieniach słońca. I wtedy to poczułam. Poczułam jak siada mi na piersiach i przyciska tak, że nie można złapać oddechu. Od tej pory Kapey był całym moim światem.

A potem głaskałam brzuszek z Kubą i zastanawiałam się, czy będzie podobny do braciszka. chyba nawet oczekiwałam tego, bo w moich oczach Kapey był najpiękniejszym chłopcem na całej ziemi i trudno było pomyśleć, że jakieś dziecko może być łądne nie będąc podobnym do Kacpra. A Kuba przyszedł na świat na złość zupełnie inny. No i bardziej pomolestowany - bo o ile Kacpra delikatnie wyjęto ciepłymi dłońmi prosto z mojego brzucha, to Kuba biedak przciskał się przez moje raczej drobne drogi rodne, a na koniec wydobyto go za pomocą zimnych i twardych obcęgów. I było to po nim widać. Więc szepnęłąm do siebie "O Matko, ale brzydal!" i zemdlałam. Wydawał się jeszcze bardziej podobny do teściowej niż Kapey. Wolniej mu szło rozprasowywanie twarzy, a ślady po kleszczach ma jeszcze do dziś. Jedno oczko leniwie nie chciało się otwierać. "Mój słodki Brzydalichu", mówiłam do niego, a w duchu przeklinałam się za robienie dziecka równocześnie z generalnym remontem (bo to na pewno jakaś niedoróbka), czułam się winna wobec Kuby, że będzie miał trudniejsze życie niż jego przecudnej urody braciszek, bo się urodził brzydszy. Potem jeszcze wylazł mu ten obrzydliwy trądzik i powiedzenie "syf na syfie" nabrało dla mnie realnego znaczenia. A potem na wczasach siedział sobie Kuba na kolanach męża w stołówce i coś go przestraszyło. Wykrzywił się jak do płaczu, zamachał malutkimi rączkami, a w oczach po raz pierwszy staneły mu prawdziwie wielkie łzy. I wten sposób rzucił na mnie czar. Też załzawiłam, bo poczułam znajome cipełko w okolicy serca. I Kuba nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, wydał mi się najpiękniejszy na świecie.

Oglądam sobie teraz zdjęcia Kacpra z czasów niemowlęctwa. I dochodzę do zatrważających wniosków - on wcale nie był najśliczniejszym niemowlakiem na świecie. Co gorsza - Kuba JEST do niego podobny!

Ale póki co twierdzę, że moje dzieci i tak są najpiękniejsze i będę się bić, jeśli ktos powie co innego ;-)

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5